piątek, 24 sierpnia 2007

Nie"łatwa" kompania

Ostatnio któryś już raz z rzędu obejrzałem sobie serial "Band of brothers", pokazujący szlak bojowy "E Company" (Easy Company), jednej z najbardziej doborowych kompanii 101 dywizji powietrzno-desantowej US Army. Producenci serialu, Steven Spielberg i Tom Hanks, wzięli się za szlak bojowy bodaj najsłynniejszej grupy uderzeniowej wchodzącej w skład "101 Airborne", mając sporo doświadczeń po nakręceniu świetnego rzemieślniczo "Saving Private Ryan". Wyszła im rzecz wspaniała. Dziesięcioczęściowy serial, okraszany fragmentami wywiadów przeprowadzonych z żyjącymi jeszcze członkami Kompanii E, ze świetnie prowadzoną opowieścią o poszczególnych etapach formowania się i hartowania grupy amerykańskich spadochroniarzy. Od szkolenia pod okiem kapitana Sobel'a (encyklopedycznego dupka), poprzez lądowanie w Normandii, zmagania o mosty w Holandii, odpieranie niemieckiej ofensywy w Ardenach (tutaj nastąpił najtrudniejszy etap tej drogi, jakim okazała się zima w Bastogne spędzona pod deszczem artyleryjskiego ostrzału), wreszcie wdzieranie się do Niemiec, uwalnianie obozów zagłady i finał w Orlim Gnieździe w Berchtesgaden.

Niektóre z odcinków są "opowiadane" przez jednego z członków kompanii, co daje okazję pokazania rozgrywających się wydarzeń z różnych perspektyw: dowódcy, oderwanego od swojej kompanii przez awans, który wciska go w armijną biurokrację; sierżanta, który pozbawiony wsparcia oficera dowodzącego, sam musi utrzymać kompanię w ryzach w czasie najtrudniejszych walk w Bastogne; szeregowca, który wraca po długiej rekonwalescencji z tyłów frontu i znajduje swój dawny oddział i dawnych kolegów kompletnie odmienionych, w zasadzie obcych sobie; sanitariusza, dzień w dzień prowadzącego trudną walkę o każde życie.

Ten doskonały wojenny obraz udowadnia, jak fascynujące, ciekawe i porywające mogą być dobrze opowiedziane PRAWDZIWE historie. II Wojna Światowa to róg obfitości, pełen rozmaitych, niekiedy niewiarygodnych epizodów, o czym świadczy choćby książka Breuera Williama "Niewyjaśnione tajemnice II wojny światowej", rejestrująca najrozmaitsze przypadki, osobliwe wydarzenia, czy zbiegi okoliczności. Literatura w ogóle tętni rozmaitymi pamiętnikami z tego brzemiennego w skutki czasu. Można czerpać garściami.

-*-

Oczywiście gdy ktoś dzisiaj pisze o tym, że warto brać na warsztat prawdziwe, autentyczne historie, prawie na bank zacznie utyskiwać na "Czterech pancernych i psa" albo "Stawkę większą niż życie", jako na obrazy szkodliwe, upowszechniające fałsze. Mnie samego też specjalnie nie zachwyca to, że jest na nie tak niegasnący popyt, ale zdejmowanie ich z ramówki to jedno (tym bardziej, że da się to uczynić tylko w publicznej telewizji; prywatne natychmiast zaoferowały widzom możliwość oglądania obu produkcji u siebie). Z drugiej strony warto jednak zauważyć, że polski widz jak dotąd nie dostał po prostu szansy, by choćby spróbować obdarzyć sympatią film dużo wierniejszy historycznym realiom. Zupełnie inną sprawą jest, czy byłby on rzeczywiście tak lekki, czy postacie podbudowane odpowiednim aktorstwem wzbudziłyby podobną sympatię, co Gustlik czy Grigorij, i czy film nie stałby się odpychający choćby przez prawdziwy obraz towarzyszy radzieckich - nie jowialnych kamratów, ale swołoczy. Dopóki polski widz nie ma alternatywy (chodzi o alternatywę realną, serial, który miałby podobny "impact") wobec Janka i Marusi, można sobie tylko gdybać.

Być może zbliżająca się premiera filmu Andrzeja Wajdy o bodaj najbardziej brzemiennej w skutki dla naszego państwa zbrodni wojennej będzie punktem zwrotnym, być może nie. Jedno jest pewne: robi się powoli nudne to, że z roku na rok z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej słucham z jednej strony bredzenia o "Cudzie nad Wisłą", a z drugiej utyskiwań publicystów, których mierzi, że każdy sukces Polaków musi być im propagandowo odebrany i zdeponowany w rękach Opatrzności. Tyle że to jedyne, co publicyści mogą robić - i to bez rzeczywistego wpływu na opinię mas. Klucz do zmiany świadomości ludzi nie leży w słowie pisanym, bo to jest starannie omijane przez przytłaczającą większość. Powód do wstydu i smutku - a pewnie. Ale przede wszystkim fakt, który trzeba przyjąć do wiadomości.

Jeśli ktoś na poważnie myśli o czymś takim, jak polityka historyczna państwa, musi zrozumieć, że można ją zrealizować wyłącznie propagandą. Czyli określoną treścią dostarczaną do możliwie najszerszego obrońcy przez odpowiednio długi czas pod postacią najskuteczniejszego medium. Używano jej w celach złych, warto wykorzystać jej siłę w celu dobrym. Odpowiedzią jest "motion picture". I nie film, na który do kina pójdzie pies z kulawą nogą, a w telewizji poleci raz czy dwa, lecz serial telewizyjny. Taki, który można puścić wieczorową porą, nawet jeśli miałyby go przerywać reklamy proszków i szamponów. Decyduje bowiem smutny może, ale prawdziwy stan rzeczy: do masowego odbiorcy można dziś dotrzeć tylko tym kanałem, który nie wymaga odeń ruszania dupy gdziekolwiek.

poniedziałek, 9 lipca 2007

Pełna inwersja

Patrząc na to, co się dzieje w państwie po ujawnieniu przez "Wprost" stenogramu z "wykładu" wygłoszonego przez o. Tadeusza Rydzyka w jego intelektualnej kuźni, nie sposób nie mieć wrażenia kompletnego odwrócenia ról. Partia rządząca, potrafiąc robić trzy konferencje prasowe, gdy ktoś z opozycji powie coś nie tego, teraz nabrała w usta nie to że wody, ale jakiejś dużo gęstszej substancji. Wiodące media, z takim oburzeniem krytykujące prezydenta za to, że się pogniewał za porównanie do kartofla (nie tyle za porównanie, co za odnalezionew swej fizjonomii przez redaktorów szkopskiej gazety podobieństwa do bulwy tej zacnej rośliny), teraz aż się skręcają, by go wyprzedzić w oburzeniu za epitet "czarownica" skierowany do Pierwszej Małżonki.

Gdzie by w publicznej sferze nie szukać, prawie nie sposób znaleźć ludzi, którzy by nie mówili dziś czegoś o sto osiemdziesiąt stopni odwrotnego od tego, co mówili wczoraj, jeśli tylko im tak pasuje. Bez różnicy, czy pisowski rząd, czy rydzykowisko, czy światłe media. Chociaż nie lubię popadania w emocje skrajne, czasem mam wrażenie, że w tym kraju będzie normalnie dopiero wtedy, jak go ktoś weźmie i solidnie zaora.

czwartek, 5 lipca 2007

"Dziki ogień" Nelsona DeMille

Dość gruba to książka, jeszcze w Polsce niewydana. Bohaterowie ci sami, co w "Grze lwa" czy "Nadejściu nocy": detektyw John Corey, obecnie pracujący w Anti Terrorist Task Force, i jego małżonka, agentka FBI Kate Mayfield. Fabuła zaś kręci się wokół dość wyświechtanego pomysłu - zwrócenia wyjątkowo groźnej broni przeciwko tym, których ma ona chronić. Coś jak "Suma wszystkich strachów" Toma Clacy'ego pożeniona ze "Szpiegami takimi jak my".

Trochę przegadana, ale nie aż tak srodze, jak "List z Wietnamu". Meritum jednak pozostaje ciekawe, zwłaszcza że żyjemy w świecie, który bezustannie się zastanawia, jak się ochronić przed ciosem znikąd. I jak uderzyć we wroga, który jest wszędzie i nigdzie. Jak się bronić przed armią, która nie ma własnego państwa, nie ma miast, za to ma niezliczone, autonomiczne centra decyzyjne, które potrafią się zjednoczyć, by zwalczyć wspólnego wroga.

Wprawdzie nietrudno dostrzec w tej opowieści kalki, ponowne przeżuwanie rozmaitych spiskowych teorii, starych jak książki Roberta Ludluma, tym niemniej wśród gąszczu rozmaitych wtórników czy rozwlekłych dialogów, jest w tej książce przedstawiona ciekawa, choć zarazem trudna do zaakceptowania myśl. Myśl, która mówi o tym, jak wielką bezwzględność i okrucieństwo trzeba w sobie wzbudzić, by móc obronić świat przed terrorystycznym zagrożeniem. I że przyjęcie istnienia tej myśli do wiadomości jest wlaściwie niemożliwe. A to oznacza, że nasz świat wcześniej czy później upadnie.

Znakomity fracuski pisarz "Jean Raspail" w przedmowie do trzeciego wydania swojej książki pt. "Obóz świętych" napisał:

Zatem - co robić?
Jestem pisarzem. Nie proponuję ani nie bronię tu żadnej teorii, systemu czy ideologii. Wydaje mi się tylko, że jedyna alternatywa, która staje przed nami, jest taka: musimy albo nauczyć się tej zrezygnowanej odwagi bycia biednym, albo znów odnaleźć w sobie tę nieugiętą odwagę bycia bogatym. W obydwu przypadkach milosierdzie zwane chrześcijańskim okaże się bezsilne. Nadchodzą okrutne czasy."


Powoli zbliżamy się do momentu dziejowego, w którym trzeba będzie wykazać się twardością i bezwzględnością w niejednym aspekcie naszego życia. "Wild Fire" to kolejne dzielo literatury popularnej, które akcentuje ten wniosek, nawet jeśli skupia się na ukazaniu jego słabych stron.